Gdyby jakiś ktoś czas jakiś temu powiedził mi, że moją lekturą przed zaśnięciem będą “Szalone lata dziewięćdziesiąte” J. Stiglitza uznałabym to za w znacznym stopniu prawdopodobne. Gdyby jednak osobnik ten próbował mi wmówić, że późne jesienne wieczory a.D. 2008 spędzę przed telewizorem z włączonym kanałem CNBC Biznes, a do taktu biznesowych wiadomości wywijać będę drutami wydziergując żółty szaliczek dla mojej córuś obdarowałabym gościa pobłażliwym uśmiechem, w duchu stwierdzając, że mam do czynienia z szalonym heretykiem.
Dzisiaj przyznałabym rację szalonemu heretykowi - nie pomyliłby się co do książki, pory roku i dnia, kanału telewizyjnego i zajęcia dla rąk.
Druty wyciągnęła z kartonu, w którym aktualnie przetrzymujemy różne “duperele spod kanapy” (kanapa tymczasowo powędrowała w fachowe ręce tapicera), córuś moja. Mamo, pokaż mi jak się robi na drutach!!! No i zaczęło się “przeciąganie liny” – wymigiwanie z mojej (dziecko, druty to ja ostatnio miałam w rękach jak byłam niewiele starsza od ciebie!), a naleganie z jej strony (no mama!, maama!!, maaamaaa!!!). Skończyło się na wielkich poszukiwaniach choćby skromnego kłębka włóczki. Kiedy córka z tryumfujacą miną wręczyła mi zdobyczną resztówkę białej włóczki, okazało się, że o dziwo jeszcze pamiętam jak nabiera się oczka i przerabia rząd pierwszy, drugi, dziesiąty, pięćdziesiąty, sto piędziesiąty… i dzierga mini szaliczek dla – jak postanowiła córka – króliczka. A zrobisz jeszcze jeden? Dla mnie? Tylko koniecznie w kolorze żółtym, bo żółty kolor najbardziej pasuje do mojej kurtki!
No i teraz przesiaduję późnymi wieczorami na kocu (kanapa wciąż u tapicera). Spowita światłem lampy przysłuchuję się aktualnościom z rynków finansowych, komentarzom analityków, prognozom gospodarczym na bliższą oraz dalszą przyszłość i… dziergam, dziergam, dziergam.
Ku zadowoleniu córki.
Ku przerażeniu męża, który, gdyby tylko miał taką możliwość, w akcie desperacji chyba rwałby sobie włosy z głowy.

