Opuszczając Szwecję warto zrobić sobie przerwę i popatrzeć choćby z daleka na most górujący nad cieśliną Oeresund, łączący duńską wyspę Zelandię ze Szwecją. Sam most ma 8 km długości, za mostem ciągnie się 4 km droga przebiegająca przez sztuczną wyspę Pepparholmen, następnie podróżujących czeka przejazd 4 km tunelem.

Wszystkim przeprawiającym się ze Szwecji do Danii życzymy szerokiej drogi, dobrej widoczności i niezapomnianych wrażeń a my tymczasem wracamy już do kraju.

W Goeteborgu nie ma metra, są tramwaje Göteborgs Spårvägar kursujące w ciągu dnia dwunastoma a nocą pięcioma liniami, przemykające po liczącej 190 kilometrów, najdłuższej w Szwecji sieci tramwajowej.

W przedostatni dzień naszego pobytu w Goeteborgu wsiedliśmy do tramwaju nr 11 i po około czterdziestu minutach podróży dotarliśmy do stacji Saltholmen, skąd promem można wyruszyć dalej - na wyspy południowego archipelagu. Niestety godzina była już zbyt późna na postawienie nogi choćby na jednej z tych podobno niezwykle uroczych wysp (a poza tym – no cóż – zostawiłam w pokoju kartę turystyczną, w którą wliczony jest kurs promem), zadowoliliśmy się więc zwiedzaniem portu jachtowego oraz spacerem po skałkach.

Postawione kilka kroków od siebie, kilka kroków od budynku opery, kilka kroków od tarasu, z którego roztacza się widok na port.

Na tarasie można usiąść, wypić kawę, porozmawiać ze znajomymi bądź z nieznajomym (jak kto woli), a potem na przykład przespacerować się wzdłuż rzeki kierując się nieznacznie w lewo od Göta Älv, tak aby dojść do obiecanego dwuślada (jeżeli oczywiście jeszcze tam stoi):

Skrzydlaci mieszkańcy Slottsskogen:

Wegetariańska uczta za 20 koron:

Zarządzam pełne wynurzenie, ha! 

Właśnie wróciłam z podróży. Lato w mieście było gorące, a żar lejący się z nieba zmuszał nas do szukania schronienia w cieniu czegokolwiek. Czasami były to drzewa w parku Slottsskogen pełnym ptactwa walczącego o zdobyczne okruchy darmowego pożywienia rozsypywanego przez nasze dzieci.

No tak, popołudniowa atmosfera w przedpołudniowej godzinie, myślałam sobie spoglądając na koce - prostokątne wyspy rozleniwienia rozsiane na zielonym kobiercu trawy. Były dość gęsto zaludnione ciałami “w połowicznym negliżu” do woli korzystającymi z dobrodziejstw kąpieli słonecznej.

No tak, sielanka… Leżenie na brzuchu, leżenie na wznak, leżenie na boku. Podpieranie podbródka oburącz. Machanie nogami. Swobodna rozmowa, lekka przekąska, jakaś zabawa w plenerze. Choćby przeciąganie liny. Bodajże bieg przed siebie z latawcem falującym ponad głową. Majestatyczny krok faceta spacerującego z iguaną na ramieniu. Wegetariański posiłek za 20 koron.

Czy tu w Szwecji się pracuje?!!
I po co ta nuta irytacji pobrzmiewająca w twoim głosie, drogi mężu? Przecież są wakacje! Wakacje!!!

Idziemy dalej parkową ścieżką. Dokąd ona może prowadzić? Czyżby na Porzeczkową 3?

Skądże znowu! Z Porzeczkową 3 to zupełnie inna historia. Z zupełnie innego snu, w którym nieznajoma kobieta wzruszając ramionami mimochodem wyznaje, że teraz, teraz to już może od niego odejść. Nic mnie przy nim nie trzyma. Poza tym mam dom. Duży dom na Porzeczkowej trzy.

Budzę się w środku nocy i odnajduję siebie w ubraniu na kanapie przed włączonym telewizorem. Ze starego, czarno-białego filmu polskiej produkcji  wychwytuję fragment dialogu. W rozmowie przewija się motyw ulicy…

…Porzeczkowej…

Gamla Stan to najstarsza część Sztokholmu, urokliwa plątanina uliczek tych tętniących życiem i tych sennych, opustoszałych, wyludnionych. Spacerowałam pierwszymi mieszając się z gwarnym tłumem turystów, spacerowałam drugimi w towarzystwie li tylko stukotu moich “rzymskich sandałków” i czułam lekkość w sercu, zadowolenie. Dzisiaj dopada mnie zgoła inny stan ducha (nie Gamla Stan, o nie!), załączam więc tę fotograficzną pamiątką sprzed kilku tygodni na swoje pocieszenie.