…grała ostatnimi czasy w mojej duszy, a wszystko przez głupią kasetę wideo, którą z zakamarków przepastnej torby wygrzebał mój mąż i zafundował nam (mnie i dzieciom) powrót do przeszłości, czyli cofnął nas w czasie do lat 2002-2003. Oglądaliśmy najzwyczajniejsze sceny z życia najzwyczajniejszej pod słońcem młodej rodziny z małymi dziećmi: córkę zdmuchującą dwa płomyki świec, sięgającą plastikową łyżeczką do cukiernicy z brązowym cukrem, wołającą radośnie “chciem to…too…tooo!!!, eksplodującą radością podczas bujania się na huśtawce, syna wdrapującego się na drabinki, siedzącego na kanapie z rozłożoną książeczką na kolanach  i wymyślającego własną wersję bajki kończącą się konwencjonalnym “zili długo i ścięśliwie”.

Nie lubię ulegać sentymentalizmowi, ale tym razem… uczucia kotłujące się we mnie okazały się zdecydowanie silniejsze, tym bardziej przybierające na sile, że nie do końca zrozumiałe dla mnie samej. Pojawiła się ckliwa tęsknota za tymi słodkimi, małymi szkrabami, które chałoby się przytulić, z którymi chciałoby się jeszcze pobawić i porozmawiać. Pojawiły się też wyrzuty sumienia, że nie zawsze starczało cierpliwości i zrozumienia dla ich spraw.
Ich małych, ale jakże ważnych, jakże istotnych spraw.

Na samochodzie węża motyl nie siada, a na moim zając się rozbija, śmierć na miejscu ponosząc.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że śpieszyłam się bardzo, żeby zdążyć na dziewiątą wieczór, by punkt dziewiąta wydać P. walizkę. Pomarańczową.

Sprawą wtórną owego zdarzenia (przykrego w konsekwencjach dla stron obu) jest wtórnik tablic rejestracynych, których w dalszym ciągu nie ma.

Od tygodnia chodzę przeziębiona, oczy zaszklone, nos czerwony, głowa zajęta rozliczaniem przeszłości. 
Czas przeszły nie przybrał postaci słodkiej krówki ciągutki skąpanej w złotych słonecznych promieniach. Czas przeszły chmurny i durny, pełen błędów i niewłaściwych decyzji lub co gorsza zaniechań, podskórnych lęków i irracjonalnego niepokoju też masa, a wszysko to podprawione brakiem wiary “w Ciebie, w siebie, w nas” i goryczą, jaką daje poczucie niespełnienia. Moje wewnętrzne paralizatory już zacierają ręce. Nieźle się zapowiada, powalimy ją i już się nie podniesie.

Wrong. Too long.

Weekend ma być złoty. Skąpany w słońcu. Pachnący.
Wybiorę się z małą na dłuuugaśny spacer żeby popodziwiać i poobserwować, przeczytam synowi obiecany fragment z “Mistrza i Małgorzaty”, napiję się piwa ze znajomymi z sąsiedztwa, wieczorem obejrzę z mężem film.
To w sobotę.
A w niedzielę może wyruszymy wspólnie gdzieś przed siebie. W plener jakiś.

Czasem odczuwam potrzebę takiego całkowitego odcięcia się od świata. Plan jest prosty. Wyłączę komórkę, wsiądę do samochodu i nie mówiąc nic nikomu zniknę, zgubię sygnał, pojadę gdzie mnie oczy poniosą, a potem w uzależnionym wyłącznie od mojego widzimisię momencie wyłonię się, powrócę, włączę komórkę. Prawda, że proste? Niestety, niewykonalne. Jako matka muszę się najpierw odmeldować, czyli odpowiedzieć na szereg pytań gdzie?-po co?-dlaczego?

Gdzie? Jeszcze nie wiem.
Po co? Nooo, po nic, tak sobie.
Dlaczego? No bo tak.

Pozostając definitywnie w gronie rodzinnym postanawiamy wyruszyć w podróż w ramach tzw. wypadu do pobliskiego miasta na zakupy. Z zimowych ferii wypadałoby przecież coś przywieźć!

Jakiś prezent dla babci za podlewanie kwiatów i opiekę nad królikiem (swoją drogą, jak długo żyją króliki?).
Słodycze dla przyszywanej cioci zamknięte w tekturowym serduszku (święty Walenty królem sklepowych półek).
Procentujące płyny dla chłopaków (jak wpadną, będzie czym ich “poczęstować”).

Mając zakupy w programie spieszymy się z oddaniem sprzętu, spieszymy się z obiadem. Wpadamy do losowo wybranego lokalu gastronomicznego, który okazuje się stylowo chybioną fuzją pizzerii z kawiarnią, zjadamy po kawałku niezłej (nooo, niezła), przypalonej (gdyby nie ten spód…) i przesolonej  (sardynki są nie do przełknięcia!) pizzy, nie wdając się w reklamacje domawiamy po deserze lodowym (mój wybór jest oczywisty – lody z prawdziwie gorącymi malinami) i kawie, co zostaje podsumowane hmm… lekko przesolonym rachunekiem. Na odchodnym złośliwie zaprogramowany automat pożre jeszcze dzieciom monetę i odmówi wyplucia piłki. Mało macie piłek?, odganiam dzieciaki od automatu i zapędzam do samochodu. Jest już późno. Ściemnia się, a tężejące powietrze kłuje nas przenikliwym chłodem.

Jedziemy do miasta, w którym urodził się Ferdynand Porsche. Prowadzi ona z gps’a. Miejscem narodzin Ferdynanda Porsche tak naprawdę były Vratislavice nad Nisou, których tożsamość z czasem rozpłynęła się w granicach sąsiedniego Liberca. Ona prowadzi nas główną drogą. Mijamy domy, oświetlone restauracje i zajazdy, wyglądające na zamknięte i od dawna opuszczone zakłady produkcyjne, stacje benzynowe i wielopietrowe blokowiska na wzgórzach. Mieszkają w nich chyba wszyscy Czesi, żartujemy. Ona sugeruje skręcić w lewo. Skręcamy. Droga prowadzi pod górę obok oświetlonych stoków. Nieliczni turyści grupkami spacerują przez małe, górskie wioski. Sielanka, którą przerywa ona. Teraz mamy skręcić w prawo, w wąską, krętą drogę, potem w lewo, pod górę, krętą, jeszcze węższą drogę, a potem… Potem to ona…

…gubi sygnał.

Woda borjomi przywitała mnie w progu. Mąż postawił całą jej zgrzewkę, o zakup której go kiedyś poprosiłam, w wąskim, ciemnym przesmyku, noszącym dumną nazwę korytarza.

Z wodą borjomi jest pewien problem.  Kiedy ostrzegam gości, że  posiada ona  charakterystyczny, ostry (przynajmniej jak dla mnie) smak są zawiedzeni, bo jak twierdzą kradnę im niespodziankę. Kiedy dla odmiany nalewam wodę borjomi jak zwyczajną mineralku, czyli bez słowa komentarza, czynią mi zarzut, że ich… nie uprzedziłam.

Borjomi. Smakuje niezwyczajnie. Ostro-mdle. Jak dla mnie.
Można nawet by rzec, że jest niesmaczna.
Jest niesmaczna. Jak dla mnie.
Ale dzieci ją lubią.
A mąż kupuje ją dla siebie. I pije. Jeżeli dzieci mu jej wcześniej nie wypiją. Albo ja, bo też ją piję, gdy mnie suszy. Ignoruję wówczas jej ostrą mdłość, przemianowywaną w krytycznych momentach posuchy na niebanalność, którą trzeba bardzo szybko wypić. Jednym haustem.

I pomyśleć, że męża “od zawsze” denerwuje ciasnota korytarza, co nie przeszkadza mu oczywiście w dodatkowym zagracaniu przejścia. Kartony, pudła, buty, narzędzia ogrodniczne, cebulki kwiatów, rzucone pod nogi rękawice, śrubki i deski i zgrzewki wody mineralnej – wszystko to najpierw musi przeleżakować w korytarzu, by wreszcie trafić na właściwsze, przestronniejsze, nie pełniące upierdliwej funkcji łącznika komunikacyjnego miejsce. Dzieci też dorzucają przysłowiowe trzy grosze. Wiaderka, foremki, szpadelki i tony piasku podrzucane przez córkę. Piłki, miecze, łuki, strzały i błoto świadczące o niedawnej bytności syna.

A ja? A ja się nie denerwuję. Nie narzekam. Promienieję uśmiechem.
Ot, bezcenny wpływ wody borjomi.

Gdyby jakiś ktoś czas jakiś temu powiedził mi, że moją lekturą przed zaśnięciem będą “Szalone lata dziewięćdziesiąte” J. Stiglitza uznałabym to za w znacznym stopniu prawdopodobne. Gdyby jednak osobnik ten próbował mi wmówić, że późne jesienne wieczory a.D. 2008 spędzę przed telewizorem z włączonym kanałem CNBC Biznes, a do taktu biznesowych wiadomości wywijać będę drutami wydziergując żółty szaliczek dla mojej córuś obdarowałabym gościa pobłażliwym uśmiechem, w duchu stwierdzając, że mam do czynienia z szalonym heretykiem.

Dzisiaj przyznałabym rację szalonemu heretykowi - nie pomyliłby się co do książki, pory roku i dnia, kanału telewizyjnego i zajęcia dla  rąk.

Druty wyciągnęła z kartonu, w którym aktualnie przetrzymujemy różne “duperele spod kanapy” (kanapa tymczasowo powędrowała w fachowe ręce tapicera), córuś moja. Mamo, pokaż mi jak się robi na drutach!!! No i zaczęło się “przeciąganie liny” – wymigiwanie z mojej (dziecko, druty to ja ostatnio miałam w rękach jak byłam niewiele starsza od ciebie!), a naleganie z jej strony (no mama!, maama!!, maaamaaa!!!). Skończyło się na wielkich poszukiwaniach choćby skromnego kłębka włóczki. Kiedy córka z tryumfujacą miną wręczyła mi zdobyczną resztówkę białej włóczki, okazało się, że o dziwo jeszcze pamiętam jak nabiera się oczka i przerabia rząd pierwszy, drugi, dziesiąty, pięćdziesiąty, sto piędziesiąty… i dzierga mini szaliczek dla – jak postanowiła córka – króliczka.  A zrobisz jeszcze jeden? Dla mnie? Tylko koniecznie w kolorze żółtym, bo żółty kolor najbardziej pasuje do mojej kurtki!

No i teraz przesiaduję późnymi wieczorami na kocu (kanapa wciąż u tapicera). Spowita światłem lampy przysłuchuję się aktualnościom z rynków finansowych, komentarzom analityków, prognozom gospodarczym na bliższą oraz dalszą przyszłość i… dziergam, dziergam, dziergam.
Ku zadowoleniu córki.
Ku przerażeniu męża, który, gdyby tylko miał taką możliwość, w akcie desperacji chyba rwałby sobie włosy z głowy.

Próbuję medytacji.

Próbowałam medytacji. Teraz – niestety - nie jestem w stanie “wykroić” kawałka czasu na łagodne, przyzwalające, uważne obserwowanie swojego wdechu i wydechu.

Bo stres wżera się we mnie jak rdza w metalową puszkę.
Bo nie radzę sobie z natłokiem negatywnych myśli.
Bo nie mogę dojść do ładu z samą sobą.
Bo nie cieszą mnie drobne przyjemności dnia codziennego.
Bo izoluję się i zamykam.

Izolacja wskazana kiedy do drzwi zima się dobija…
Oj!, słaaabe to pociesznie. Już wolę tych parę prawd a la Sidney Polak: popatrz jak szybko wszystko się zmienia, coś jest, a później tego nie ma, człowiek jest tylko sumą oddechów, więc nie mów mi, że jest jakiś sposób…

Więc nie mów, że mogłaby mi pomóc… medytacja.
Wdech – wydech.

Następna strona »