Czasem odczuwam potrzebę takiego całkowitego odcięcia się od świata. Plan jest prosty. Wyłączę komórkę, wsiądę do samochodu i nie mówiąc nic nikomu zniknę, zgubię sygnał, pojadę gdzie mnie oczy poniosą, a potem w uzależnionym wyłącznie od mojego widzimisię momencie wyłonię się, powrócę, włączę komórkę. Prawda, że proste? Niestety, niewykonalne. Jako matka muszę się najpierw odmeldować, czyli odpowiedzieć na szereg pytań gdzie?-po co?-dlaczego?
Gdzie? Jeszcze nie wiem.
Po co? Nooo, po nic, tak sobie.
Dlaczego? No bo tak.
Pozostając definitywnie w gronie rodzinnym postanawiamy wyruszyć w podróż w ramach tzw. wypadu do pobliskiego miasta na zakupy. Z zimowych ferii wypadałoby przecież coś przywieźć!
Jakiś prezent dla babci za podlewanie kwiatów i opiekę nad królikiem (swoją drogą, jak długo żyją króliki?).
Słodycze dla przyszywanej cioci zamknięte w tekturowym serduszku (święty Walenty królem sklepowych półek).
Procentujące płyny dla chłopaków (jak wpadną, będzie czym ich “poczęstować”).
Mając zakupy w programie spieszymy się z oddaniem sprzętu, spieszymy się z obiadem. Wpadamy do losowo wybranego lokalu gastronomicznego, który okazuje się stylowo chybioną fuzją pizzerii z kawiarnią, zjadamy po kawałku niezłej (nooo, niezła), przypalonej (gdyby nie ten spód…) i przesolonej (sardynki są nie do przełknięcia!) pizzy, nie wdając się w reklamacje domawiamy po deserze lodowym (mój wybór jest oczywisty – lody z prawdziwie gorącymi malinami) i kawie, co zostaje podsumowane hmm… lekko przesolonym rachunekiem. Na odchodnym złośliwie zaprogramowany automat pożre jeszcze dzieciom monetę i odmówi wyplucia piłki. Mało macie piłek?, odganiam dzieciaki od automatu i zapędzam do samochodu. Jest już późno. Ściemnia się, a tężejące powietrze kłuje nas przenikliwym chłodem.
Jedziemy do miasta, w którym urodził się Ferdynand Porsche. Prowadzi ona z gps’a. Miejscem narodzin Ferdynanda Porsche tak naprawdę były Vratislavice nad Nisou, których tożsamość z czasem rozpłynęła się w granicach sąsiedniego Liberca. Ona prowadzi nas główną drogą. Mijamy domy, oświetlone restauracje i zajazdy, wyglądające na zamknięte i od dawna opuszczone zakłady produkcyjne, stacje benzynowe i wielopietrowe blokowiska na wzgórzach. Mieszkają w nich chyba wszyscy Czesi, żartujemy. Ona sugeruje skręcić w lewo. Skręcamy. Droga prowadzi pod górę obok oświetlonych stoków. Nieliczni turyści grupkami spacerują przez małe, górskie wioski. Sielanka, którą przerywa ona. Teraz mamy skręcić w prawo, w wąską, krętą drogę, potem w lewo, pod górę, krętą, jeszcze węższą drogę, a potem… Potem to ona…
…gubi sygnał.