Ambiwaletne myśli podejmują szaleńczą wędrówkę po neuronalnych, udeptanych ścieżkach, wystarczy tylko podrzucić im hasło “Paryż”. Ambiwalentność myśli z charakterystycznym dla siebie automatyzmem nakłada się na wewnętrzny pokaz slajdów w tonacji zawodzącego stereotypu. Tandetna miniaturka wieży Eiffla sprzedawana na Trocadero z czarnej ręki. Only three euro! Only three euro!
Śmieszne.
Śmieszne, bo horyzont wyobraźni przesuwa się dalej, do tego zamkniętego w sobie dziwaka, który mając najwyraźniej kłopot ze zdecydowaną odmową i powiedzeniem nachalnemu sprzedawcy krótniego ”nie” albo dobitniejszego “spierdalaj, dziadu!”, ze spacerów po mieście wraca z małym pakunkiem pod pachą. A wieczorami odpala po kolei wieżę za wieżą i z niebiańskiego zachwytu, który gwałtownie wzbierającą falą błogości podtapia mu trzewia, aż musi przysiąść. I patrzy, i napawa się migotliwym światłem w rozlicznych kolorach, i zapomina o niepraktycznym, kosztownym braku asertywności, pławiąc się w swoim małym szaleństwie, swojej słodkiej niewinnej słabości.
Smutne.
Smutne tak jak smutna i przygnębiona byłam ja podczas ostatniego pobytu w Paryżu, mieście nadsekwańskich marszandów handlujących starymi książkami, mieście atrakcji w stylu bateau mouche i moulin rouge, mieście, w którym Włosi przy Place d’Italie zaprzedali swoje poczucie humoru wskakując w garnitur francuskiego konwenansu. Nieszampański nastrój paraliżował mnie wewnętrznie i kompan mojej podróży najwidoczniej stwierdził, że potrzeba mi spaceru, rozmowy i wina. Zaszliśmy do pobliskiego sklepu i kierując się jedynym kryterium łatwootwieralności butelki błyskawicznie zawężyliśmy wybór do win z dolej półki. Gumowa zatyczka nasz uszczęśliwiła, a opinia gościa z obsługi w roboczym, niebieskim drelichu, że oczywiście, co tu zresztą dużo gadać, jest to porządny, francuski trunek utwierdziła nas w słuszności wyboru.
Pomknęliśmy metrem na Trocadero, bo uwielbiamy rozmach tego miejsca, jego lokalny kosmopolityzm, jego otwartość i przychylność. Przychylnością wykazał się również mój kompan. Uległ namowom gościa wciskającego turystom tandetne suweniry i kupił dwie świecące, strzeliste konstrucje z plastiku, ”pamiątki z Paryża dla synów”. Wtedy to właśnie wyobraziliśmy sobie owego człowieczka zamkniętego w sobie i w pokoju wypełnionym bijącymi po oczach miniaturkami, a obraz podsunięty przez wyobraźnię rozśmieszył nas prawie do łez. Zgodnym krokiem zbliżyliśmy się do pierwszej wolnej ławki i napawając się wieczorną atmosferą tego miejsca, schronieni pod rozłożystym parasolem drzewa popijaliśmy wino z butelki wspominając stare, dobre czasy, wspólnych znajomych z przeszłości i pochylając się nad moją teraźniejszą biedą, nad moim piekącym problemem, który mnie przygniatał, wypalał, trzymając od dłuższego czasu w szachu. Bo widzisz, trzeba wyciagnąć jakiś morał z tej historii, jakąś naukę, która doda ci mocy, kompetencji, zdolności…