- to tak na marginesie moich codziennych uniesień. A pierwsze uniesienie podobne do kroku pierwszego. Jest zajebiście trudne. Związane ze wstawaniem z łóżka ciepłego, pełnego snów niewyśnionych, których opis dzisiaj wyjątkowo daruję.

We wrześniowe sobotnie i niedzielne ranki (raczej przedpołudnia, poprawiłby mnie tryumfalnie mąż, oczywiście gdyby… gdyby) wybudzał mnie dźwięk dochodzący zza okna. Miarowe, wznoszące się w powietrze i w nim beztrosko wibrujące szur-szur-szur, będące dziełem jakiegoś dziecka. Poranna ekspresja absolutnie niezwiązana z czarnym, aromatycznym, buchającym strumieniem wpadającym w objęcia drżących z przejęcia filiżanek. Ekspresja, której musiałam poświęcić chwilę, dwie chwile nawet, żebym mogła ją zamknąć w słowie, zdefiniować.

No tak, uświadomiłam sobie w końcu, przecież to wrzesień, wrzesień bo… wrotki…

Dzieci teraz nie jeżdżą na wrotkach, na rolkach jeżdżą?!

Przyznaję, w tym konkretnym przypadku były to rolki. Rolki na asfalcie. Kilka dni później były to rolki… w sklepie, gdzie pomagaliśmy dzieciom je przymierzać i mocować zapięcia. Widziano nas także przy kasie płacących za rolki, i obok w księgarni obładowanych pokaźnymi pakunkami (z rolkami), i na parkingu taszczących pudła (z rolkami). Pewne widoki zostały, na szczęście całe, zarezerwowane tylko dla najbliższych.

Jak na przykład widok mamy na rolkach smażącej naleśniki.

Bo mama też rolki nabyła.
Na spółkę z tatą.

Dlaczego pole nie może mówić po polsku? Wbrew pozorom nie jest to podchwytliwe pytanie. Jest to – jak czytamy w poleceniu ćwiczenia - ”żart językowy”, który w ramach pracy domowej miał wyjaśnić syn przy niezbyt chętnej – przyznajmy - pomocy wiecznie zajętego taty. Tata na odczepnego wpisał w google “żart językowy” i bryknął sobie w tę stronę. Niestety ”przebieżka po necie” odpowiedzi na zadane pytanie nie przyniosła. 

Tzw. 100lec, podsumował ojciec i odprawił syna do matki. Owszem 100lec, potwierdziła matka, szczególnie gdy się zaczyna od… i nie dokończyła, bo po pierwsze tak już miała w swoim niezbyt dobrym zwyczaju, a po drugie zajęta była czytaniem tego czegoś, co znajdowało się dokładnie na północny-wschód od tragikomicznego pytania.

A był to wiersz. Krótki a treściwy. Przepełniony dialogiem, dialogami rozbrzmiewającymi ze wszech stron. Wiersz, w którym kąkole szemrały po kąkolsku, bociany kląskały po bociańsku bez pardonu celując w żaby broniące się ucieczką i rechotem w żabskim języku (a może po tej łące szarżowały raczej świnie kwicząc po świńsku!??). Tylko pole nie było w stanie wyartykułować swojej kwestii po polsku, w związku z czym część druga ćwiczenia polegająca na podaniu propozycji kilku wyrazów z polskiego, polowego języka.

- No to może… szuu – zaproponowała matka, a syn bez oporów zapisał “szuuuu”.
- a szyy… może być? – zapytał syn i nie czekając na werdykt matki wysmarował w zeszycie “szyyyy”.
i jeszcze może fruuuu…??!- zastanowiła się na głos matka, nie kryjąc dłużej swojego podirytowania.
- mamo…???!… a sruuuuu???!!

…tu nastąpiła krótka przerwa, po której matka i syn wybuchnęli gromkim śmiechem…
…tzw. głupawką…