Woda borjomi przywitała mnie w progu. Mąż postawił całą jej zgrzewkę, o zakup której go kiedyś poprosiłam, w wąskim, ciemnym przesmyku, noszącym dumną nazwę korytarza.

Z wodą borjomi jest pewien problem.  Kiedy ostrzegam gości, że  posiada ona  charakterystyczny, ostry (przynajmniej jak dla mnie) smak są zawiedzeni, bo jak twierdzą kradnę im niespodziankę. Kiedy dla odmiany nalewam wodę borjomi jak zwyczajną mineralku, czyli bez słowa komentarza, czynią mi zarzut, że ich… nie uprzedziłam.

Borjomi. Smakuje niezwyczajnie. Ostro-mdle. Jak dla mnie.
Można nawet by rzec, że jest niesmaczna.
Jest niesmaczna. Jak dla mnie.
Ale dzieci ją lubią.
A mąż kupuje ją dla siebie. I pije. Jeżeli dzieci mu jej wcześniej nie wypiją. Albo ja, bo też ją piję, gdy mnie suszy. Ignoruję wówczas jej ostrą mdłość, przemianowywaną w krytycznych momentach posuchy na niebanalność, którą trzeba bardzo szybko wypić. Jednym haustem.

I pomyśleć, że męża “od zawsze” denerwuje ciasnota korytarza, co nie przeszkadza mu oczywiście w dodatkowym zagracaniu przejścia. Kartony, pudła, buty, narzędzia ogrodniczne, cebulki kwiatów, rzucone pod nogi rękawice, śrubki i deski i zgrzewki wody mineralnej – wszystko to najpierw musi przeleżakować w korytarzu, by wreszcie trafić na właściwsze, przestronniejsze, nie pełniące upierdliwej funkcji łącznika komunikacyjnego miejsce. Dzieci też dorzucają przysłowiowe trzy grosze. Wiaderka, foremki, szpadelki i tony piasku podrzucane przez córkę. Piłki, miecze, łuki, strzały i błoto świadczące o niedawnej bytności syna.

A ja? A ja się nie denerwuję. Nie narzekam. Promienieję uśmiechem.
Ot, bezcenny wpływ wody borjomi.