Sooo sorrki, że się nie uśmiecham i chodzę skwaszona, choć powodów większych do niezadowolenia nie mam. Meczu pod tytułem “Pożegnanie z Afryką” wszak nie oglądałam, tylko syna wyposażywszy w biało-czerwony szalik z napisem “Polska” posłałam na dół do ojca.
Wrócił krótko przed jedenastą i zastał mnie w łóżku podpartą poduszkami, usilnie próbującą skoncentrować się na wykładzie jedenego z Zen-mistrzów traktującym o… koncentracji. Syn w stanie wskazującym na lekkie podłamanie psychiczne burknął tylko, że przegrali i szans już praktycznie żadnych nie mają, po czym rzucił we mnie szalikiem, który w całej swej rozciągłości tak perfidnie go zawiódł. No cóż… odrzuciłam mu szalik i stanowczym tonem nakazałam schować go do szafy, w odpowiedzi usłyszałam zdecydowane, dobitne, głośne NIE! jedenastolatka i zobaczyłam szalik szybujący w kierunku stolika nocnego, gdzie zresztą do tej pory sobie leży przyciśnięty książką z madrościami Zen-mistrza.
wrzesień 10, 2009
lipiec 17, 2009
Bardzo smutna piosenka retro…
Posted by pinja under Opowieści różne | Tagi: ach te dzieci!, półprywatnie |Leave a Comment
…grała ostatnimi czasy w mojej duszy, a wszystko przez głupią kasetę wideo, którą z zakamarków przepastnej torby wygrzebał mój mąż i zafundował nam (mnie i dzieciom) powrót do przeszłości, czyli cofnął nas w czasie do lat 2002-2003. Oglądaliśmy najzwyczajniejsze sceny z życia najzwyczajniejszej pod słońcem młodej rodziny z małymi dziećmi: córkę zdmuchującą dwa płomyki świec, sięgającą plastikową łyżeczką do cukiernicy z brązowym cukrem, wołającą radośnie “chciem to…too…tooo!!!, eksplodującą radością podczas bujania się na huśtawce, syna wdrapującego się na drabinki, siedzącego na kanapie z rozłożoną książeczką na kolanach i wymyślającego własną wersję bajki kończącą się konwencjonalnym “zili długo i ścięśliwie”.
Nie lubię ulegać sentymentalizmowi, ale tym razem… uczucia kotłujące się we mnie okazały się zdecydowanie silniejsze, tym bardziej przybierające na sile, że nie do końca zrozumiałe dla mnie samej. Pojawiła się ckliwa tęsknota za tymi słodkimi, małymi szkrabami, które chałoby się przytulić, z którymi chciałoby się jeszcze pobawić i porozmawiać. Pojawiły się też wyrzuty sumienia, że nie zawsze starczało cierpliwości i zrozumienia dla ich spraw.
Ich małych, ale jakże ważnych, jakże istotnych spraw.
czerwiec 19, 2009
Na plantację truskawek prowadzi furtka trochę przez czas przekrzywiona. Plantacja rozciąga się obok pola z jęczmieniem, które przecudnie faluje w wietrzne dni, jakich tu u nas ostatnio nasilenie.
Rzędy zielonych krzaków porasta w części jaskier z tak rzutką ekspansywnością, że miejscami, partiami truskawkowe pole bardziej przypomina łąkę niż plantację.
Byłam tam przedwczoraj, na tej plantacjo-łące, żeby nazbierać trochę truskawek “do pojedzenia”.
Po południu byłam w kościele (w roli asystentki córki sypiącej kwieciem), wieczorem pojechałam na jogę.
Śpieszyłam się, bo jak zwykle wyjechałam w “ostatniej chwili”. Słońce świeciło intensywnie przeszkadzając mi w prowadzeniu auta. Mrużyłam oczy i słuchałam lekko ochrypłego głosu Agnieszki Szydłowskiej.
Kiedy ćwiczę telefon zostawiam w szatni, a po zajęciach nie mam zwyczaju sprawdzania listy nieodebranych połączeń, a tym bardziej oddzwaniania. Zajęcia kończą się późno, wpół do dziesiątej, szybko się więc przebieram, w drodze powrotnej wstępuję jeszcze do sklepu spożywczego, żeby kupić chleb i coś do chleba, a potem to już śmigam do domu. A w domu dzieci w piżamach, córka nawet pod kocem i spod tego koca z wielkim wyrzutem w głosie pyta “dlaczego ja telefonu nie odbieram?”. Objaśniam jej krótko i od razu przechodzę do kwestii kolacji, której jak się okazuje moje dzieci jeszcze nie jadły, ponieważ “chleb z soją im nie smakuje”. “Kupiłam zwykły”, mówię i wyciągam z reklamówki najzwyklejszy bochenek chleba. “Ale ryżu nie kupiłaś, a chciałam ci powiedzieć, żebyś kupiła”, nadaje głosik spod koca. “A właśnie, że kupiłam. I śmietanę kupiłam… Czy ktoś ma może ochotę na ryż z truskawkami?”
maj 5, 2009
Tata, czy warto zostać lekarzem?
Posted by pinja under Fotograficzne zacięcie, Opowieści różne | Tagi: ach te dzieci!, zdjęcia |Leave a Comment
- spytała wczoraj córka, która zdecydowanie częściej niż syn myśli o tym, co chciałaby robić jako dorosła osoba.
Zostanę malarką, będę mieszkała z tobą (ze mną) i malowała obrazy, a potem sprzedawała je za kasę, przekonywała mnie zimą rozkładając się ze swoim warsztatem twórczym gdzie popadnie.


Będę kucharką. Upiekłam dla ciebie pyszne babeczki, chcesz spróbować?, usłyszałam niedawno w przydomowym ogródku, gdzie uwielbiam rozłożyć koc pod jabłonką i leżąc pupą do góry czytać książki w słoneczne popołudnia.
Poczekaj, tylko trochę je przyozdobię… i talerz nagle odfrunął sprzed mego nosa.

Hmm, często jeszcze zmienia plany, marzenia, wyobrażenia lecz głęboko wierzę, że dosięgnie swego celu.

kwiecień 9, 2009
Słonecznie się zrobiło, ciepło i przyjemnie, więc do drzwi stale ktoś puka lub próbuje się dodzwonić (nasz dzwonek “awariuje” od dłuższego czasu, czego domowy konserwator zdaje się z miażdżącą konsekwencją nie zauważać). Jest K.? – pytają o syna. Z. wyjdzie na dwór? - dopytują się o córkę. A dzieciaki tylko czekają na okazję, żeby prysnąć z domu, bo jak to odkrywczo stwierdził syn ”kiedy słońce świeci trudno się skupić na nauce”.
Na wiosnę uaktywnił się także Wojtek z sąsiedztwa, wedle słów córki ”ten co ma zwarcie, no wiesz niezupełnie Downa, ale taką podobną chorobę”. Dla Wojtka “zawariowany” dzwonek nie stanowi najmniejszej przeszkody. Zresztą Wojtek uwielbia wyłapywać nadarzające się okazje, tak żeby wśliznąć się do środka, zanim ktoś postawi stopę w drzwiach, a potem wymawiając się arcyważnym powodem zamknie je przed nosem Wojtka.
Nie dalej jak tydzień temu Wojtek odwiedził nas po raz pierwszy. Leżałam sobie akurat na kanapce, przykryta kocykiem i zagłębiona w lekturze, kiedy do pokoju wszedł syn, a za nim energicznym krokiem wmaszerował krępej budowy chłopiec. Ściągnął kurtkę i zdecydowanym ruchem odłożył ją na krześle.
- Ja pobawić z K. – wytłumaczył się krótko z celu swojej wizyty.
- No to się pobawcie – usiadłam na kanapie, odłożyłam gazetę na stół i przystąpiłam do składania koca kątem oka wychwytując zakłopotanie syna.
- A w co lubisz się bawić? – zagadałam.
- W śkołę.
- A jaki jest twój ulubiony przedmiot?
- Psiroda.
K. szkoły ma dosyć w szkole, a przyroda najzwyczajniej w świecie mu nie leży. Na szczęście ktoś załomotał w drzwi i musiałam ich zostawić samych, a kiedy wróciłam do pokoju chłopcy już grali… w szachy.
marzec 27, 2009
Ortograficznym zwierzęciem nigdy nie była. Nie żeby miała na tym polu jakieś kolosalne problemy, no ale średnio kilka razy na dzień zdarza się jej popełnić ortograficznom gafem. Mała postanowiła to zmienić przy pomocy tak wspaniałego wynalazku ludzkości jakim jest internet. Weszła na stronę dyktand on-line, zrobiła kilka z tych na dobry początek i jedno bardzo dłuuugaśne, a potem zamarzyła o jeszcze jednym, ilustrowanym dyktandzie ze zwierzęciem w roli głównej, więc przełączyła się na gógla i powoli, z rozmysłem, jednym paluszkiem wystukała: chcę dyktando z ch z rysunkami o borsukó.
marzec 24, 2009
Spóźnialska wiosna!, córka kręci się po domu i poczynia małe obserwacje, których nigdzie nie odnotowuje, a którymi szczodrze się ze mną dzieli. Najpierw był owies i liczenie białych kiełków z impetem przebijających czarnoziem, potem krokusy w ogrodzie i domu, teraz hiacynt na parapecie wzbudzający nieustanne zauroczenie Małej.
Obok doniczki z hiacyntem papierowa skarbonka, którą podobnie jak roślinę należy regularnie zasilać. I tu córka wpada na znakomity pomysł, by serwować mamie herbatę oczywiście za drobną, złotówkową opłatą, no i by wprawiać mamę w zdumienie takim toto oficjalnym pismem:
Dopiero pani kupiła jabłko z cynamonem. Mamy dla pani propozycję. Jaką? To zaraz powiem. Mamy propozycję taką. Czy pani może spróbować naszych soków: lipton z cytryną, kawa, itd…? I jeszcze mamy owoce i ciasta, ale to czasami. Czy chce pani czy nie? Jeżeli tak, to musi pani podpisać umowę. Firma stsc8660.