Sooo sorrki, że się nie uśmiecham i chodzę skwaszona, choć powodów większych do niezadowolenia nie mam. Meczu pod tytułem “Pożegnanie z Afryką” wszak nie oglądałam, tylko syna wyposażywszy w biało-czerwony szalik z napisem “Polska” posłałam na dół do ojca.
Wrócił krótko przed jedenastą i zastał mnie w łóżku podpartą poduszkami, usilnie próbującą skoncentrować się na wykładzie jedenego z Zen-mistrzów traktującym o… koncentracji. Syn w stanie wskazującym na lekkie podłamanie psychiczne burknął tylko, że przegrali i szans już praktycznie żadnych nie mają, po czym rzucił we mnie szalikiem, który w całej swej rozciągłości tak perfidnie go zawiódł. No cóż… odrzuciłam mu szalik i stanowczym tonem nakazałam schować go do szafy, w odpowiedzi usłyszałam zdecydowane, dobitne, głośne NIE! jedenastolatka i zobaczyłam szalik szybujący w kierunku stolika nocnego, gdzie zresztą do tej pory sobie leży przyciśnięty książką z madrościami Zen-mistrza.
wrzesień 10, 2009