…grała ostatnimi czasy w mojej duszy, a wszystko przez głupią kasetę wideo, którą z zakamarków przepastnej torby wygrzebał mój mąż i zafundował nam (mnie i dzieciom) powrót do przeszłości, czyli cofnął nas w czasie do lat 2002-2003. Oglądaliśmy najzwyczajniejsze sceny z życia najzwyczajniejszej pod słońcem młodej rodziny z małymi dziećmi: córkę zdmuchującą dwa płomyki świec, sięgającą plastikową łyżeczką do cukiernicy z brązowym cukrem, wołającą radośnie “chciem to…too…tooo!!!, eksplodującą radością podczas bujania się na huśtawce, syna wdrapującego się na drabinki, siedzącego na kanapie z rozłożoną książeczką na kolanach  i wymyślającego własną wersję bajki kończącą się konwencjonalnym “zili długo i ścięśliwie”.

Nie lubię ulegać sentymentalizmowi, ale tym razem… uczucia kotłujące się we mnie okazały się zdecydowanie silniejsze, tym bardziej przybierające na sile, że nie do końca zrozumiałe dla mnie samej. Pojawiła się ckliwa tęsknota za tymi słodkimi, małymi szkrabami, które chałoby się przytulić, z którymi chciałoby się jeszcze pobawić i porozmawiać. Pojawiły się też wyrzuty sumienia, że nie zawsze starczało cierpliwości i zrozumienia dla ich spraw.
Ich małych, ale jakże ważnych, jakże istotnych spraw.