Na plantację truskawek prowadzi furtka trochę przez czas przekrzywiona. Plantacja rozciąga się obok pola z jęczmieniem, które przecudnie faluje w wietrzne dni, jakich tu u nas ostatnio nasilenie.
Rzędy zielonych krzaków porasta w części jaskier z tak rzutką ekspansywnością, że miejscami, partiami truskawkowe pole bardziej przypomina łąkę niż plantację.
Byłam tam przedwczoraj, na tej plantacjo-łące, żeby nazbierać trochę truskawek “do pojedzenia”.
Po południu byłam w kościele (w roli asystentki córki sypiącej kwieciem), wieczorem pojechałam na jogę.
Śpieszyłam się, bo jak zwykle wyjechałam w “ostatniej chwili”. Słońce świeciło intensywnie przeszkadzając mi w prowadzeniu auta. Mrużyłam oczy i słuchałam lekko ochrypłego głosu Agnieszki Szydłowskiej.
Kiedy ćwiczę telefon zostawiam w szatni, a po zajęciach nie mam zwyczaju sprawdzania listy nieodebranych połączeń, a tym bardziej oddzwaniania. Zajęcia kończą się późno, wpół do dziesiątej, szybko się więc przebieram, w drodze powrotnej wstępuję jeszcze do sklepu spożywczego, żeby kupić chleb i coś do chleba, a potem to już śmigam do domu. A w domu dzieci w piżamach, córka nawet pod kocem i spod tego koca z wielkim wyrzutem w głosie pyta “dlaczego ja telefonu nie odbieram?”. Objaśniam jej krótko i od razu przechodzę do kwestii kolacji, której jak się okazuje moje dzieci jeszcze nie jadły, ponieważ “chleb z soją im nie smakuje”. “Kupiłam zwykły”, mówię i wyciągam z reklamówki najzwyklejszy bochenek chleba. “Ale ryżu nie kupiłaś, a chciałam ci powiedzieć, żebyś kupiła”, nadaje głosik spod koca. “A właśnie, że kupiłam. I śmietanę kupiłam… Czy ktoś ma może ochotę na ryż z truskawkami?”