Słonecznie się zrobiło, ciepło i przyjemnie, więc do drzwi stale ktoś puka lub próbuje się dodzwonić (nasz dzwonek “awariuje” od dłuższego czasu, czego domowy konserwator zdaje się z miażdżącą konsekwencją nie zauważać). Jest K.? – pytają o syna. Z. wyjdzie na dwór? - dopytują się o córkę. A dzieciaki tylko czekają na okazję, żeby prysnąć z domu, bo jak to odkrywczo stwierdził syn ”kiedy słońce świeci trudno się skupić na nauce”.
Na wiosnę uaktywnił się także Wojtek z sąsiedztwa, wedle słów córki ”ten co ma zwarcie, no wiesz niezupełnie Downa, ale taką podobną chorobę”. Dla Wojtka “zawariowany” dzwonek nie stanowi najmniejszej przeszkody. Zresztą Wojtek uwielbia wyłapywać nadarzające się okazje, tak żeby wśliznąć się do środka, zanim ktoś postawi stopę w drzwiach, a potem wymawiając się arcyważnym powodem zamknie je przed nosem Wojtka.
Nie dalej jak tydzień temu Wojtek odwiedził nas po raz pierwszy. Leżałam sobie akurat na kanapce, przykryta kocykiem i zagłębiona w lekturze, kiedy do pokoju wszedł syn, a za nim energicznym krokiem wmaszerował krępej budowy chłopiec. Ściągnął kurtkę i zdecydowanym ruchem odłożył ją na krześle.
- Ja pobawić z K. – wytłumaczył się krótko z celu swojej wizyty.
- No to się pobawcie – usiadłam na kanapie, odłożyłam gazetę na stół i przystąpiłam do składania koca kątem oka wychwytując zakłopotanie syna.
- A w co lubisz się bawić? – zagadałam.
- W śkołę.
- A jaki jest twój ulubiony przedmiot?
- Psiroda.
K. szkoły ma dosyć w szkole, a przyroda najzwyczajniej w świecie mu nie leży. Na szczęście ktoś załomotał w drzwi i musiałam ich zostawić samych, a kiedy wróciłam do pokoju chłopcy już grali… w szachy.