…robiąc rzeczy odpowiadające indywidualnym preferencjom…
…podziwiając nadmorską roślinność…
W zeszłą niedzielę nie wybraliśmy sie nad morze, bo… czuliśmy się cokolwiek sfatygowani (prawda, wężu?!!). Sfatygowani sobotnim biesiadowaniem przy ognisku. Nad morzem spędziliśmy Wielkanoc w sposób może nie nazbyt konwencjonalny ale… zdrowy?!
Od tygodnia chodzę przeziębiona, oczy zaszklone, nos czerwony, głowa zajęta rozliczaniem przeszłości.
Czas przeszły nie przybrał postaci słodkiej krówki ciągutki skąpanej w złotych słonecznych promieniach. Czas przeszły chmurny i durny, pełen błędów i niewłaściwych decyzji lub co gorsza zaniechań, podskórnych lęków i irracjonalnego niepokoju też masa, a wszysko to podprawione brakiem wiary “w Ciebie, w siebie, w nas” i goryczą, jaką daje poczucie niespełnienia. Moje wewnętrzne paralizatory już zacierają ręce. Nieźle się zapowiada, powalimy ją i już się nie podniesie.
Wrong. Too long.
Weekend ma być złoty. Skąpany w słońcu. Pachnący.
Wybiorę się z małą na dłuuugaśny spacer żeby popodziwiać i poobserwować, przeczytam synowi obiecany fragment z “Mistrza i Małgorzaty”, napiję się piwa ze znajomymi z sąsiedztwa, wieczorem obejrzę z mężem film.
To w sobotę.
A w niedzielę może wyruszymy wspólnie gdzieś przed siebie. W plener jakiś.
Słonecznie się zrobiło, ciepło i przyjemnie, więc do drzwi stale ktoś puka lub próbuje się dodzwonić (nasz dzwonek “awariuje” od dłuższego czasu, czego domowy konserwator zdaje się z miażdżącą konsekwencją nie zauważać). Jest K.? – pytają o syna. Z. wyjdzie na dwór? - dopytują się o córkę. A dzieciaki tylko czekają na okazję, żeby prysnąć z domu, bo jak to odkrywczo stwierdził syn ”kiedy słońce świeci trudno się skupić na nauce”.
Na wiosnę uaktywnił się także Wojtek z sąsiedztwa, wedle słów córki ”ten co ma zwarcie, no wiesz niezupełnie Downa, ale taką podobną chorobę”. Dla Wojtka “zawariowany” dzwonek nie stanowi najmniejszej przeszkody. Zresztą Wojtek uwielbia wyłapywać nadarzające się okazje, tak żeby wśliznąć się do środka, zanim ktoś postawi stopę w drzwiach, a potem wymawiając się arcyważnym powodem zamknie je przed nosem Wojtka.
Nie dalej jak tydzień temu Wojtek odwiedził nas po raz pierwszy. Leżałam sobie akurat na kanapce, przykryta kocykiem i zagłębiona w lekturze, kiedy do pokoju wszedł syn, a za nim energicznym krokiem wmaszerował krępej budowy chłopiec. Ściągnął kurtkę i zdecydowanym ruchem odłożył ją na krześle.
- Ja pobawić z K. – wytłumaczył się krótko z celu swojej wizyty.
- No to się pobawcie – usiadłam na kanapie, odłożyłam gazetę na stół i przystąpiłam do składania koca kątem oka wychwytując zakłopotanie syna.
- A w co lubisz się bawić? – zagadałam.
- W śkołę.
- A jaki jest twój ulubiony przedmiot?
- Psiroda.
K. szkoły ma dosyć w szkole, a przyroda najzwyczajniej w świecie mu nie leży. Na szczęście ktoś załomotał w drzwi i musiałam ich zostawić samych, a kiedy wróciłam do pokoju chłopcy już grali… w szachy.