marzec 2009


Jak to lapidarnie ujął Malcolm McLaren “Jazz is Paris and Paris is Jazz”.
Jednorodna mieszanka z grą na trąbce w tle.
Dla mnie bomba.

Ortograficznym zwierzęciem nigdy nie była. Nie żeby miała na tym polu jakieś kolosalne problemy, no ale średnio kilka razy na dzień zdarza się jej popełnić ortograficznom gafem. Mała postanowiła to zmienić przy pomocy tak wspaniałego wynalazku ludzkości jakim jest internet. Weszła na stronę dyktand on-line, zrobiła kilka z tych na dobry początek i jedno bardzo dłuuugaśne, a potem zamarzyła o jeszcze jednym, ilustrowanym dyktandzie ze zwierzęciem w roli głównej, więc przełączyła się na gógla i powoli, z rozmysłem, jednym paluszkiem wystukała: chcę dyktando z ch z rysunkami o borsukó.

Ambiwaletne myśli podejmują szaleńczą wędrówkę po neuronalnych, udeptanych ścieżkach, wystarczy tylko podrzucić im hasło “Paryż”. Ambiwalentność myśli z charakterystycznym dla siebie automatyzmem nakłada się na wewnętrzny pokaz slajdów w tonacji zawodzącego stereotypu. Tandetna miniaturka wieży Eiffla sprzedawana na Trocadero z czarnej ręki. Only three euro! Only three euro!  
Śmieszne.
Śmieszne, bo horyzont wyobraźni przesuwa się dalej, do tego zamkniętego w sobie dziwaka, który mając najwyraźniej kłopot ze zdecydowaną odmową i powiedzeniem nachalnemu sprzedawcy krótniego ”nie” albo dobitniejszego “spierdalaj, dziadu!”, ze spacerów po mieście wraca z małym pakunkiem pod pachą. A wieczorami odpala po kolei wieżę za wieżą i z niebiańskiego zachwytu, który gwałtownie wzbierającą falą błogości podtapia mu trzewia, aż musi przysiąść. I patrzy, i napawa się migotliwym światłem w rozlicznych kolorach, i zapomina o niepraktycznym, kosztownym braku asertywności, pławiąc się w swoim małym szaleństwie, swojej słodkiej niewinnej słabości.
Smutne.
Smutne tak jak smutna i przygnębiona byłam ja podczas ostatniego pobytu w Paryżu, mieście nadsekwańskich marszandów handlujących starymi książkami, mieście atrakcji w stylu bateau mouche i moulin rouge, mieście, w którym Włosi przy Place d’Italie zaprzedali swoje poczucie humoru wskakując w garnitur francuskiego konwenansu. Nieszampański nastrój paraliżował mnie wewnętrznie i kompan mojej podróży najwidoczniej stwierdził, że potrzeba mi spaceru, rozmowy i wina. Zaszliśmy do pobliskiego sklepu i kierując się jedynym kryterium łatwootwieralności butelki błyskawicznie zawężyliśmy wybór do win z dolej półki. Gumowa zatyczka nasz uszczęśliwiła, a opinia gościa z obsługi w roboczym, niebieskim drelichu, że oczywiście, co tu zresztą dużo gadać, jest to porządny, francuski trunek utwierdziła nas w słuszności wyboru.
Pomknęliśmy metrem na Trocadero, bo uwielbiamy rozmach tego miejsca, jego lokalny kosmopolityzm, jego otwartość i przychylność. Przychylnością wykazał się również mój kompan. Uległ namowom gościa wciskającego turystom tandetne suweniry i kupił dwie świecące, strzeliste konstrucje z plastiku, ”pamiątki z Paryża dla synów”. Wtedy to właśnie wyobraziliśmy sobie owego człowieczka zamkniętego w sobie i w pokoju wypełnionym bijącymi po oczach miniaturkami, a obraz podsunięty przez wyobraźnię rozśmieszył nas prawie do łez. Zgodnym krokiem zbliżyliśmy się do pierwszej wolnej ławki i napawając się wieczorną atmosferą tego miejsca, schronieni pod rozłożystym parasolem drzewa popijaliśmy wino z butelki wspominając stare, dobre czasy, wspólnych znajomych z przeszłości i pochylając się nad moją teraźniejszą biedą, nad moim piekącym problemem, który mnie przygniatał, wypalał, trzymając od dłuższego czasu w szachu. Bo widzisz, trzeba wyciagnąć jakiś morał z tej historii, jakąś naukę, która doda ci mocy, kompetencji, zdolności…

Spóźnialska wiosna!,  córka kręci się po domu i poczynia małe obserwacje, których nigdzie nie odnotowuje, a którymi szczodrze się ze mną dzieli. Najpierw był owies i liczenie białych kiełków z impetem przebijających czarnoziem, potem krokusy w ogrodzie i domu, teraz hiacynt na parapecie wzbudzający nieustanne zauroczenie Małej.

Obok doniczki z hiacyntem papierowa skarbonka, którą podobnie jak roślinę należy regularnie zasilać. I tu córka wpada na znakomity pomysł, by serwować mamie herbatę oczywiście za drobną, złotówkową opłatą, no i by wprawiać mamę w zdumienie takim toto oficjalnym pismem:

Dopiero pani kupiła jabłko z cynamonem. Mamy dla pani propozycję. Jaką? To zaraz powiem. Mamy propozycję taką. Czy pani może spróbować naszych soków: lipton z cytryną, kawa, itd…? I jeszcze mamy owoce i ciasta, ale to czasami. Czy chce pani czy nie? Jeżeli tak, to musi pani podpisać umowę. Firma stsc8660.