listopad 2008


Próbuję medytacji.

Próbowałam medytacji. Teraz – niestety - nie jestem w stanie “wykroić” kawałka czasu na łagodne, przyzwalające, uważne obserwowanie swojego wdechu i wydechu.

Bo stres wżera się we mnie jak rdza w metalową puszkę.
Bo nie radzę sobie z natłokiem negatywnych myśli.
Bo nie mogę dojść do ładu z samą sobą.
Bo nie cieszą mnie drobne przyjemności dnia codziennego.
Bo izoluję się i zamykam.

Izolacja wskazana kiedy do drzwi zima się dobija…
Oj!, słaaabe to pociesznie. Już wolę tych parę prawd a la Sidney Polak: popatrz jak szybko wszystko się zmienia, coś jest, a później tego nie ma, człowiek jest tylko sumą oddechów, więc nie mów mi, że jest jakiś sposób…

Więc nie mów, że mogłaby mi pomóc… medytacja.
Wdech – wydech.

że ślizgasz się po tematach, piszesz o sprawach lekkich i przyjemnych, zarzucasz zdjęciami z wakacji przemilczając fakt, że za tą iluzją “udanego letniego wypoczynku z rodziną” pojawiają się prawdziwe problemy, z którymi tak naprawdę to nie wiesz, czy sobie poradzisz. Fasada dobrego samopoczucia, a pod nią kłębowisko pytań, wątpliwości, zadawnionych lęków i obaw, właśnie zbudzonych z dłuższego snu, na wpół oszołomionych, atakujących ze zdwojoną siłą gdzie bądź.

Smak porażki jest gorzką pigułką, połykaną i połykaną bez końca.
Suchość w ustach, bezsenność, galopada myśli.
Czujesz się wstrętnie w obliczu konsekwencji nieprzemyślanej, głupiej wręcz decyzji.
Twojej decyzji. Chorej decyzji.