- to tak na marginesie moich codziennych uniesień. A pierwsze uniesienie podobne do kroku pierwszego. Jest zajebiście trudne. Związane ze wstawaniem z łóżka ciepłego, pełnego snów niewyśnionych, których opis dzisiaj wyjątkowo daruję.

We wrześniowe sobotnie i niedzielne ranki (raczej przedpołudnia, poprawiłby mnie tryumfalnie mąż, oczywiście gdyby… gdyby) wybudzał mnie dźwięk dochodzący zza okna. Miarowe, wznoszące się w powietrze i w nim beztrosko wibrujące szur-szur-szur, będące dziełem jakiegoś dziecka. Poranna ekspresja absolutnie niezwiązana z czarnym, aromatycznym, buchającym strumieniem wpadającym w objęcia drżących z przejęcia filiżanek. Ekspresja, której musiałam poświęcić chwilę, dwie chwile nawet, żebym mogła ją zamknąć w słowie, zdefiniować.

No tak, uświadomiłam sobie w końcu, przecież to wrzesień, wrzesień bo… wrotki…

Dzieci teraz nie jeżdżą na wrotkach, na rolkach jeżdżą?!

Przyznaję, w tym konkretnym przypadku były to rolki. Rolki na asfalcie. Kilka dni później były to rolki… w sklepie, gdzie pomagaliśmy dzieciom je przymierzać i mocować zapięcia. Widziano nas także przy kasie płacących za rolki, i obok w księgarni obładowanych pokaźnymi pakunkami (z rolkami), i na parkingu taszczących pudła (z rolkami). Pewne widoki zostały, na szczęście całe, zarezerwowane tylko dla najbliższych.

Jak na przykład widok mamy na rolkach smażącej naleśniki.

Bo mama też rolki nabyła.
Na spółkę z tatą.