Nasza mała lunatykuje. To po pierwsze. Po drugie trasa, w kierunku której z uporem sennego maniaka zmierza podczas swoich nocnych wypraw wiedzie przez schody, co bez wątpienia skończyłoby się spadaniem i jeszcze kilkoma mniej lub bardziej widocznymi konsekwencjami o niezbyt miłym, jak śmiem przypuszczać, wydźwięku, gdyby nie interwencje męża. Czy udane?
Niestety interwencje męża nacechowane są zmiennym szczęściem. Ostatnią i owszem można z czystym sumieniem wpisać w poczet tych zakończonych pełnym sukcesem (czytaj: odłowieniem lunatykującej, nieuszkodzonej córki znad krawędzi schodów), ale podczas pierwszej interweniujący najpewniej przestraszył wałęsającą się po korytarzu małą, bo ta w popłochu biegnąc przed siebie i na oślep zahaczyła nogą o “coś”, przewróciła się uderzając twarzą w “coś” ostrego?, kanciastego?, wystającego?, co rozharatało jej wargę.
Rana wyglądała naprawdę nieciekawie, a do tego strasznie krwawiła. Mąż trzymał śpiącą w najlepsze córkę na rękach, a ja biegałam spanikowana, zmoczyć ręcznik w zimnej wodzie – do łazienki, po lód na okład – na dół do kuchni, może posmarować maścią??! – na dół do kuchni, i gdzie są te cholerne plastry ściągające???!! – na dół do kuchni. Kiedy w końcu, a było już po północy, położyłam się koło posklejanej, opatrzonej, śpiącej w dalszym ciągu córki, przebudziła się, ale tylko na chwilę, by spytać z lekkim przerażeniem rysującym się w jej głosie “mama, co ja tu mam?” (nic, nic, kochanie, śpij) i z powrotem zasnąć.
Od rana usiłowaliśmy się dowiedzieć, dlaczego w nocy wstawała, czy czegoś się przestraszyła?, a może miała jakiś straszny sen? No i może sobie przypomina, o “co” się uderzyła?!! Odpowiedzi na większość z tych pytań przyniósł następny dzień, kiedy to córka wracając ze szkoły przypomniała sobie, że… uderzyła się o drzwi… a śnił się jej nasz królik, do którego klatki przyszedł… szczurek, ale taki śliczny!, i jeszcze konik… ale jaki śliczny!, i żółwik… i jeszcze… też śliczny!…
Klatka z królikiem stoi… na dole. W kuchni.


















