wrzesień 2008


Nasza mała lunatykuje. To po pierwsze. Po drugie trasa, w kierunku której z uporem sennego maniaka zmierza podczas swoich nocnych wypraw wiedzie przez schody, co bez wątpienia skończyłoby się spadaniem i jeszcze kilkoma mniej lub bardziej widocznymi konsekwencjami o niezbyt miłym, jak śmiem przypuszczać, wydźwięku, gdyby nie interwencje męża. Czy udane?

Niestety interwencje męża nacechowane są zmiennym szczęściem. Ostatnią i owszem można z czystym sumieniem wpisać w poczet tych zakończonych pełnym sukcesem (czytaj: odłowieniem lunatykującej, nieuszkodzonej córki znad krawędzi schodów), ale podczas pierwszej interweniujący najpewniej przestraszył wałęsającą się po korytarzu małą, bo ta w popłochu biegnąc przed siebie i na oślep zahaczyła nogą o “coś”, przewróciła się uderzając twarzą w “coś” ostrego?, kanciastego?, wystającego?, co rozharatało jej wargę.

Rana wyglądała naprawdę nieciekawie, a do tego strasznie krwawiła. Mąż trzymał śpiącą w najlepsze córkę na rękach, a ja biegałam spanikowana, zmoczyć ręcznik w zimnej wodzie – do łazienki, po lód na okład – na dół do kuchni, może posmarować maścią??! – na dół do kuchni, i gdzie są te cholerne plastry ściągające???!! – na dół do kuchni. Kiedy w końcu, a było już po północy, położyłam się koło posklejanej, opatrzonej, śpiącej w dalszym ciągu córki, przebudziła się, ale tylko na chwilę, by spytać z lekkim przerażeniem rysującym się w jej głosie “mama, co ja tu mam?” (nic, nic, kochanie, śpij) i z powrotem zasnąć.

Od rana usiłowaliśmy się dowiedzieć, dlaczego w nocy wstawała, czy czegoś się przestraszyła?, a może miała jakiś straszny sen? No i może sobie przypomina, o “co” się uderzyła?!! Odpowiedzi na większość z tych pytań przyniósł następny dzień, kiedy to córka wracając ze szkoły przypomniała sobie, że… uderzyła się o drzwi… a śnił się jej nasz królik, do którego klatki przyszedł… szczurek, ale taki śliczny!, i jeszcze konik… ale jaki śliczny!, i żółwik… i jeszcze… też śliczny!

Klatka z królikiem stoi… na dole. W kuchni.

Dlaczego pole nie może mówić po polsku? Wbrew pozorom nie jest to podchwytliwe pytanie. Jest to – jak czytamy w poleceniu ćwiczenia - ”żart językowy”, który w ramach pracy domowej miał wyjaśnić syn przy niezbyt chętnej – przyznajmy - pomocy wiecznie zajętego taty. Tata na odczepnego wpisał w google “żart językowy” i bryknął sobie w tę stronę. Niestety ”przebieżka po necie” odpowiedzi na zadane pytanie nie przyniosła. 

Tzw. 100lec, podsumował ojciec i odprawił syna do matki. Owszem 100lec, potwierdziła matka, szczególnie gdy się zaczyna od… i nie dokończyła, bo po pierwsze tak już miała w swoim niezbyt dobrym zwyczaju, a po drugie zajęta była czytaniem tego czegoś, co znajdowało się dokładnie na północny-wschód od tragikomicznego pytania.

A był to wiersz. Krótki a treściwy. Przepełniony dialogiem, dialogami rozbrzmiewającymi ze wszech stron. Wiersz, w którym kąkole szemrały po kąkolsku, bociany kląskały po bociańsku bez pardonu celując w żaby broniące się ucieczką i rechotem w żabskim języku (a może po tej łące szarżowały raczej świnie kwicząc po świńsku!??). Tylko pole nie było w stanie wyartykułować swojej kwestii po polsku, w związku z czym część druga ćwiczenia polegająca na podaniu propozycji kilku wyrazów z polskiego, polowego języka.

- No to może… szuu – zaproponowała matka, a syn bez oporów zapisał “szuuuu”.
- a szyy… może być? – zapytał syn i nie czekając na werdykt matki wysmarował w zeszycie “szyyyy”.
i jeszcze może fruuuu…??!- zastanowiła się na głos matka, nie kryjąc dłużej swojego podirytowania.
- mamo…???!… a sruuuuu???!!

…tu nastąpiła krótka przerwa, po której matka i syn wybuchnęli gromkim śmiechem…
…tzw. głupawką…

Halo, halo… dzieci od tygodnia uczęszczają do szkoły, a ja tu jeszcze żyję wakacjami!!!!, z których przecież w połowie sierpnia z czterema młynkami do pieprzu przemyconymi w podręcznym bagażu szczęśliwie udało nam się powrócić.

Z niewyraźną miną postronnego obserwatora przyglądam się teraz lekko osłupiała, jak ta nasza domowa codzienność “poczynia sobie”. Standaryzacja, plany zajęć, normalizacja, grafiki, harmonogramy, itp, itd.. Nim jednak do reszty pochłonie mnie wir rodzicielsko-zawodowych obowiązków przyznać się niestety muszę do pewnej porażki, która mną osobiście wstrząsnęła.

No więc… Turcję opuszczałam niepocieszona, ponieważ… ponieważ to nie mi przypadł zaszczytny tytuł “miss turnusu”. Koronę i nagrodę w postaci butelki lokalnego wina zagarnęła…

…moja meszczizna (ta w żółtym z pokaźniejszym od mego cycem)

Taki afront!!! Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak uruchomić klip poniżej,

poprosić o coś zdecydowanie schłodzonego i…


dźgnąć kogoś widelcem (w cyca! w cyca!)

Córkę w niemałe zadziwienie wprawił afrykański przerywnik w utworze Amadou&Miriam Senegal Fast Food.

- Tego się nie da zaśpiewać! – stwierdziła dobitnie.
- No coś ty!!! – zaoponowałam – oni śpiewają, to i tobie się uda!

Zwięźle wyrażone przekonanie, że “dla chcącego nie ma zadania awykonalnego” (“no coś ty!!!”) zmotywowało. Rozwieszając pranie na balkonie przysłuchiwałam się dziecięcemu głosikowi córki, próbującemu afrykańskiego zaśpiewu.

I zdjęcia ją zadziwiły, jeżeli nie zdegustowały. Po co ty mama fotografujesz nogi? Pytanie o tyle niestosowne, że już widok kolan na pierwszym planie przyjęła bez zająknięcia, a nawet opatrzyła zapożyczonym od taty komentarzem.

Słoneczko przygrzało czy może palemka odbiła???

Można zbudować twierdzę, a potem ją umacniać i umacniać i umacniać, walcząc z bezwzględnością sił natury,

pomedytować w cieniu sobie można,

 a przy odrobinie szczęścia znaleźć coś cennego,

BARDZO CENNEGO! (Daj mamusi, mamusia się tym zaopiekuje…)

Wieczorem też jest nieźle, bo chłodniej. Przespacerować się można…

…no i poszaleć po sklepach można se wreszcie!!! I naciągnąć rodziców na coś SUPER EKSTRA!!!!!

IC-ME-LEEEEER!!! Nieliczni podróżni wysiadają, my płyniemy dalej do……MAR-MA-RIIIIIIS!!! Powyższe zdjęcie nie jest zbyt reprezentatywne jak dla tego podobno ”największego portu jachtowego w Turcji”, ale moje/nasze dzieci w sile czterech marudzących głosów skutecznie odciągnęły mnie/nas od zwiedzania i fotografowania w 50-stopniowym południowym upale. Po trzydziestu minutach biegu przez Marmaris ulegamy ich “my chcemy już wracać!!!!!!!!!!!”Turecki chłopiec bawiący się w cieniu butelką na sznurku, unoszoną do góry przez prąd gorącego powietrza. (Pewnie przesadziłam ze szczegółowością opisu zdjęcia, ale to na tzw. wszelki wypadek, gdyby ktoś nie mógł… no wiecie… dostrzec sznurka)Chłopca z butelką przyuważyłam ja, migdałowca małżonek.

Turkusy i głębokie zielenie wybrzeża Morza Egejskiego.A to czerwień schowana w głębi lądu (plus turkus czapki córki),a to ultrafiolet, auć! trochę kłujący;)

Taaak… to o czym ja ostatnio pisałam? O tunelu?

Proszę bardzo! Oto i TUNEL, no pewnie że krótszy niż ten duński, ale za to kładeczka po prawej zaprowadzi prosto do raju…

… na (tureckiej) ziemi.

Czym by tu im jeszcze umilić smażenie i przypiekanie boczków, udek, brzucholi? Może… może jakiś egzotyczny duet niechaj im zagra i zaśpiewa? Może Amadou & Mariam?

Il est minuit à Tokyo, il est cinq heures au Mali, quelle heure est-il au paradis?!

A kto zacz ten trzeci co się do duetu przykleił..??!!