lipiec 2008


Wśród podkręcających piłeczką jest mój mąż, któremu gra w piłkarzyki tak przypadła do gustu, że aż wpasował się w fotel prezesa niejakiego ludowego klubu sportowego, w związku z czym ostatnio jest bardzo zajęty bo albo kosi trawę na stadionie albo biega od drzewa do drzewa i rozwiesza zaproszenia na festyn.

To jak to leciało??! Łubu-dubu, łubu-dubu…

W Goeteborgu nie ma metra, są tramwaje Göteborgs Spårvägar kursujące w ciągu dnia dwunastoma a nocą pięcioma liniami, przemykające po liczącej 190 kilometrów, najdłuższej w Szwecji sieci tramwajowej.

W przedostatni dzień naszego pobytu w Goeteborgu wsiedliśmy do tramwaju nr 11 i po około czterdziestu minutach podróży dotarliśmy do stacji Saltholmen, skąd promem można wyruszyć dalej - na wyspy południowego archipelagu. Niestety godzina była już zbyt późna na postawienie nogi choćby na jednej z tych podobno niezwykle uroczych wysp (a poza tym – no cóż – zostawiłam w pokoju kartę turystyczną, w którą wliczony jest kurs promem), zadowoliliśmy się więc zwiedzaniem portu jachtowego oraz spacerem po skałkach.

Postawione kilka kroków od siebie, kilka kroków od budynku opery, kilka kroków od tarasu, z którego roztacza się widok na port.

Na tarasie można usiąść, wypić kawę, porozmawiać ze znajomymi bądź z nieznajomym (jak kto woli), a potem na przykład przespacerować się wzdłuż rzeki kierując się nieznacznie w lewo od Göta Älv, tak aby dojść do obiecanego dwuślada (jeżeli oczywiście jeszcze tam stoi):

Podczas sobotniego spływu kajakowego (pierwszego w tym roku a zarazem drugiego w moim życiu) zaliczyliśmy z mężem, tzw. wtopę - rzecz jasna ku ogólnemu rozbawieniu znajomych. Hi-hi… ale jak do tego doszło… hi-hi… dlaczego się wywróciliście? - dziwili się bierni obserwatorzy tuż po otarciu łez wzruszenia z polików. (R. stanowczo protestuje, nie był bierny!, w serii zdjęć uwiecznił naszą akcję ratunkową, w której pierwsze skrzypce grał… Nurek).

Hmm… prawdę powiedziawszy nasza czujność została uśpiona przez Nurka właśnie (który nas potem ze szczerym poświęceniem wyławiał z wody mokrej… i zimnej (brrrr)… i niestety niezbyt czystej, co bez trudu rozpoznaliśmy po jej zapachu oraz zdecydowanie mętnych toniach), kiedy to temat naszej konwersacji “kajak w kajak” zszedł na Tadka, postać nieomal mityczną, a już na pewno legendarną w tutejszej okolicy. Niewidzialna Łapa Tadka, złamana kilka miesięcy wstecz podczas szaleńczej jazdy na rolkach, pokierowała naszym kajakiem wprost na rozczapirzone gałęzie drzew porastających brzegi Smródki, kajak się zachybotał i błyskawicznie obrócił do góry dnem.

Zanurzenie do policzenia w sekundach okazało się dość dokuczliwe, szczególnie dla męża, który nie zabrał ze sobą ubrania na zmianę. Końcem końców wysuszyliśmy się w cieple ogniska przegryzając naszą wtopę osmoloną kiełbaską i słuchając opowieści R. o sztormie na Morzu Śródziemnym.

Swój szczęśliwy finał znalazła również historia z fakturą. W poniedziałek po zerknięciu na stan konta bankowego stwierdzam ewidentny “brak wpływu środków pieniężnych”, wysyłam więc klientowi przypominającego mail’a. Pierwsza odpowiedź - lakoniczna - satysfakcjonuje mnie w zupełności. Pieniądze wyjdą jeszcze dzisiaj. Druga nieco mnie zaskakuje.

Szanowna Pani,

Powracając jeszcze raz do tematu zapłaty Państwa faktury pragniemy poinformować, że udało nam się ustalić powód opóźnienia w zapłacie.

Wstępnie nie otrzymaliśmy żadnej faktury. Została ona odnaleziona dopiero w ostatni czwartek na terenie należącym do sąsiadującej z nami firmy. Faktura była całkowicie zmoczona, wysuszyliśmy więc ją, a następnie przekazaliśmy księgowości do zapłaty.

(…)
Łącząc wyrazy poważania liczymy na Państwa wyrozumiałość.

Skrzydlaci mieszkańcy Slottsskogen:

Wegetariańska uczta za 20 koron:

Zarządzam pełne wynurzenie, ha! 

Właśnie wróciłam z podróży. Lato w mieście było gorące, a żar lejący się z nieba zmuszał nas do szukania schronienia w cieniu czegokolwiek. Czasami były to drzewa w parku Slottsskogen pełnym ptactwa walczącego o zdobyczne okruchy darmowego pożywienia rozsypywanego przez nasze dzieci.

No tak, popołudniowa atmosfera w przedpołudniowej godzinie, myślałam sobie spoglądając na koce - prostokątne wyspy rozleniwienia rozsiane na zielonym kobiercu trawy. Były dość gęsto zaludnione ciałami “w połowicznym negliżu” do woli korzystającymi z dobrodziejstw kąpieli słonecznej.

No tak, sielanka… Leżenie na brzuchu, leżenie na wznak, leżenie na boku. Podpieranie podbródka oburącz. Machanie nogami. Swobodna rozmowa, lekka przekąska, jakaś zabawa w plenerze. Choćby przeciąganie liny. Bodajże bieg przed siebie z latawcem falującym ponad głową. Majestatyczny krok faceta spacerującego z iguaną na ramieniu. Wegetariański posiłek za 20 koron.

Czy tu w Szwecji się pracuje?!!
I po co ta nuta irytacji pobrzmiewająca w twoim głosie, drogi mężu? Przecież są wakacje! Wakacje!!!

Idziemy dalej parkową ścieżką. Dokąd ona może prowadzić? Czyżby na Porzeczkową 3?

Skądże znowu! Z Porzeczkową 3 to zupełnie inna historia. Z zupełnie innego snu, w którym nieznajoma kobieta wzruszając ramionami mimochodem wyznaje, że teraz, teraz to już może od niego odejść. Nic mnie przy nim nie trzyma. Poza tym mam dom. Duży dom na Porzeczkowej trzy.

Budzę się w środku nocy i odnajduję siebie w ubraniu na kanapie przed włączonym telewizorem. Ze starego, czarno-białego filmu polskiej produkcji  wychwytuję fragment dialogu. W rozmowie przewija się motyw ulicy…

…Porzeczkowej…