czerwiec 2008


Dwie kawy z rana i guarana nie pomagają. Oczy zamykają się powoli, tak jakby ich zadaniem było dokładne rozprowadzenie warstwy kleju celem trwałego przymocowania powiek do szklistej mglistej powierzchni gałki ocznej. Pod tymi powiekami odgrywała się dzisiejszej nocy senna scenka. Ja w rajstopach przekopująca górę ubrań w poszukiwaniu… rajstop oczywiście. Całe szczęście, że wstałam dzisiaj wcześnie, kombinowałam sobie w tym śnie spoglądając na ścienny senny zegar. Wstawaj, jest już wpół do ósmej, zagrzmiał nade mną głos mojego męża lotem błyskawicy przywracając mnie jawie. Piętnaście minut na “poranne streszczenie się” to jakby mało, ale zdążyłam…

…zdążyłam też posłuchać “Hydropiekłowstąpienia” Lao Che, a teraz nucąc pod nosem ”utopię waszą utopię, utopię w potopie, zarządzam pełne zanurzenie” zaparzam którą to już?… a! trzecią kawę…

Gamla Stan to najstarsza część Sztokholmu, urokliwa plątanina uliczek tych tętniących życiem i tych sennych, opustoszałych, wyludnionych. Spacerowałam pierwszymi mieszając się z gwarnym tłumem turystów, spacerowałam drugimi w towarzystwie li tylko stukotu moich “rzymskich sandałków” i czułam lekkość w sercu, zadowolenie. Dzisiaj dopada mnie zgoła inny stan ducha (nie Gamla Stan, o nie!), załączam więc tę fotograficzną pamiątką sprzed kilku tygodni na swoje pocieszenie.