Sooo sorrki, że się nie uśmiecham i chodzę skwaszona, choć powodów większych do niezadowolenia nie mam. Meczu pod tytułem “Pożegnanie z Afryką” wszak nie oglądałam, tylko syna wyposażywszy w biało-czerwony szalik z napisem “Polska” posłałam na dół do ojca.
Wrócił krótko przed jedenastą i zastał mnie w łóżku podpartą poduszkami, usilnie próbującą skoncentrować się na wykładzie jedenego z Zen-mistrzów traktującym o… koncentracji. Syn w stanie wskazującym na lekkie podłamanie psychiczne burknął tylko, że przegrali i szans już praktycznie żadnych nie mają, po czym rzucił we mnie szalikiem, który w całej swej rozciągłości tak perfidnie go zawiódł. No cóż… odrzuciłam mu szalik i stanowczym tonem nakazałam schować go do szafy, w odpowiedzi usłyszałam zdecydowane, dobitne, głośne NIE! jedenastolatka i zobaczyłam szalik szybujący w kierunku stolika nocnego, gdzie zresztą do tej pory sobie leży przyciśnięty książką z madrościami Zen-mistrza.
wrzesień 10, 2009
sierpień 13, 2009
i trzepocząc skrzydłami przypomniał mi o:
łyżce w szklance
wietrze przesuwającym firankę
widokówce oglądanej na moście
winie nastroju trampolinie
wolności na maksa, która niewidziala i niełatwa bywa
ale bywa
Czy to zabrzmiało jak ppppppozytyw???
sierpień 12, 2009
Ktoś do mnie dzisiaj dzwonił. Z Madagaskaru.
Sprzątając biurko niechcąco potrąciałam… nieee, nie zająca… słuchawkę telefonu. Na wyświelaczu pojawił się napis “kim jesteś”.
Darłam papiery odsuwając na bok filozoficzne rozważania.
Potem dzwonił syn. Jest na obozie. Mówił, że byli na targu, kupił sobie cuksy, a teraz idą na trening. Taaak, podoba mu się. O 22.30 gaszą światło, więc się wysypia.
Córka z ciotką (przyszywaną) szyją dzisiaj ubranka dla Zuzi (przytulanki owieczki).
Mąż też dzwonił. Po konsultację w sprawie zakupu telefonu… sorry, szamponu.
sierpień 4, 2009
lekko wstawiony, zapewniał nas, że ją posiada, podkreślał jej siłę oraz akcentował jej wszechobecność.
Woluntarysta ten n-ty raz z rzędu rzuca palenie.
Gwarantem sukcesu mają być tajemnicze pigułki.
A ona chwilowo na półkę odstawiona.
lipiec 28, 2009
Jechałam, a one przede mną składały pokłony.
Soczystą zielenią dojrzałe drzewa.
Ptak szamocący się w duszy marzy o wolności.
Nie-śpiew. Milczenie i walka.
lipiec 17, 2009
Bardzo smutna piosenka retro…
Posted by pinja under Opowieści różne | Tagi: ach te dzieci!, półprywatnie |Leave a Comment
…grała ostatnimi czasy w mojej duszy, a wszystko przez głupią kasetę wideo, którą z zakamarków przepastnej torby wygrzebał mój mąż i zafundował nam (mnie i dzieciom) powrót do przeszłości, czyli cofnął nas w czasie do lat 2002-2003. Oglądaliśmy najzwyczajniejsze sceny z życia najzwyczajniejszej pod słońcem młodej rodziny z małymi dziećmi: córkę zdmuchującą dwa płomyki świec, sięgającą plastikową łyżeczką do cukiernicy z brązowym cukrem, wołającą radośnie “chciem to…too…tooo!!!, eksplodującą radością podczas bujania się na huśtawce, syna wdrapującego się na drabinki, siedzącego na kanapie z rozłożoną książeczką na kolanach i wymyślającego własną wersję bajki kończącą się konwencjonalnym “zili długo i ścięśliwie”.
Nie lubię ulegać sentymentalizmowi, ale tym razem… uczucia kotłujące się we mnie okazały się zdecydowanie silniejsze, tym bardziej przybierające na sile, że nie do końca zrozumiałe dla mnie samej. Pojawiła się ckliwa tęsknota za tymi słodkimi, małymi szkrabami, które chałoby się przytulić, z którymi chciałoby się jeszcze pobawić i porozmawiać. Pojawiły się też wyrzuty sumienia, że nie zawsze starczało cierpliwości i zrozumienia dla ich spraw.
Ich małych, ale jakże ważnych, jakże istotnych spraw.
czerwiec 19, 2009
Na plantację truskawek prowadzi furtka trochę przez czas przekrzywiona. Plantacja rozciąga się obok pola z jęczmieniem, które przecudnie faluje w wietrzne dni, jakich tu u nas ostatnio nasilenie.
Rzędy zielonych krzaków porasta w części jaskier z tak rzutką ekspansywnością, że miejscami, partiami truskawkowe pole bardziej przypomina łąkę niż plantację.
Byłam tam przedwczoraj, na tej plantacjo-łące, żeby nazbierać trochę truskawek “do pojedzenia”.
Po południu byłam w kościele (w roli asystentki córki sypiącej kwieciem), wieczorem pojechałam na jogę.
Śpieszyłam się, bo jak zwykle wyjechałam w “ostatniej chwili”. Słońce świeciło intensywnie przeszkadzając mi w prowadzeniu auta. Mrużyłam oczy i słuchałam lekko ochrypłego głosu Agnieszki Szydłowskiej.
Kiedy ćwiczę telefon zostawiam w szatni, a po zajęciach nie mam zwyczaju sprawdzania listy nieodebranych połączeń, a tym bardziej oddzwaniania. Zajęcia kończą się późno, wpół do dziesiątej, szybko się więc przebieram, w drodze powrotnej wstępuję jeszcze do sklepu spożywczego, żeby kupić chleb i coś do chleba, a potem to już śmigam do domu. A w domu dzieci w piżamach, córka nawet pod kocem i spod tego koca z wielkim wyrzutem w głosie pyta “dlaczego ja telefonu nie odbieram?”. Objaśniam jej krótko i od razu przechodzę do kwestii kolacji, której jak się okazuje moje dzieci jeszcze nie jadły, ponieważ “chleb z soją im nie smakuje”. “Kupiłam zwykły”, mówię i wyciągam z reklamówki najzwyklejszy bochenek chleba. “Ale ryżu nie kupiłaś, a chciałam ci powiedzieć, żebyś kupiła”, nadaje głosik spod koca. “A właśnie, że kupiłam. I śmietanę kupiłam… Czy ktoś ma może ochotę na ryż z truskawkami?”